Uczta smaków

Czym jest dla mnie uczta? To na przykład krwisty stek z najlepszej wołowiny polany sosem z zielonego pieprzu, do tego dodatki, sałatka. Wszystko popijane pszenicznym piwem, albo czerwonym winem. Istotna jest też oprawa: elegancka restauracja, gustownie przybrany stół, miła obsługa. Bogactwo smaków, różnorodność doznań, pierwszorzędny wygląd. Udana kompozycja wszystkich elementów sprawia, że osiągnięta jest harmonia. Efektem jest niezwykła satysfakcja i przyjemność; nie sprawdzająca się wyłącznie do zaspokojenia podstawowej potrzeby jedzenia. To coś więcej niż prosta suma elementów składowych, ale synergia, wartość dodana.

Co to ma wszystko wspólnego z literaturą? Pozornie niewiele. Jednakże od literatury na najwyższym poziomie oczekuję podobnych wrażeń: wielowymiarowości, różnorodności i poczucia zaspokojenia intelektualnego po skończonej lekturze. Wielu smaków i udanych kompozycji z elementów, które z pozoru nie powinny do siebie pasować. Pisarz, podobnie jak kucharz, musi eksperymentować. W przeciwnym razie literackie danie spowszednieje. Jeśli nawet jest zrobione z pierwszorzędnych składników, wierne zastosowanie się do przepisu (w tym przypadku pewnego wzorca fabularnego, konwencji, etc.) spowoduje, że książka będzie podobna do wielu innych. By temu zapobiec, należy cały czas próbować czegoś nowego, dodawać i mieszać znane wcześniej wzorce. Czasami efekt okaże się niestrawny; w innych przypadkach otrzyma się jednak produkt, o którym będzie głośno. Taki, który zaspokoi nawet najbardziej wysublimowane gusta. Właśnie takie książki, z dziedziny fantastyki, stara się pokazywać Wydawnictwo Mag w swojej serii „Uczta wyobraźni”.

Pamiętam swój pierwszy kontakt z serią. Dostałem szczotkę „Wieków światła” do przeczytania przed przyjazdem Iana R. MacLeoda do Polski. Nazwisko autora nic mi nie mówiło, o samej „Uczcie wyobraźni” też niewiele było wiadomo oprócz tradycyjnych frazesów, jakie można znaleźć w opisie co drugiej serii wydawniczej. Miałem jednak przeprowadzać wywiad, więc zacząłem czytać i... przepadłem. Była to jedna z tych nielicznych książek, w przypadku których już po kilku stronach wiedziałem, że będzie to wydarzenie. Piękno języka mnie zachwyciło, moc wyobraźni autora porwała. I tak już zostało. Kolejne książki z „Uczty wyobraźni” czytałem (z jednym wyjątkiem) od razu po premierze. Ani razu się nie rozczarowałem. Były pozycje łatwiejsze – jak właśnie książki MacLeoda; były też zdecydowanie bardziej wymagające (Duncan). Niezależnie jednak od prostoty przekazu powieści, ani razu się nie zawiodłem. Każdy tytuł oferował coś nowego, świeże spojrzenie, oryginalny pomysł. Nawet „Ślepowidzenie”, jedyna na razie czysta gatunkowo powieść w serii, łamie schematy, wyznacza nowe kierunki. A co dopiero powiedzieć o powieści Bishop, która czerpie z wielu konwencji, ale do żadnej nie jest przywiązana?

Jak pisałem, na prawdziwą ucztę składa się wiele czynników. Różnorodność smaków i form, wielowymiarowość treści, piękna oprawa. Te wszystkie elementy, a także wiele innych, znajduję w „Uczcie wyobraźni”. Dla mnie premiera każdej książki z tej serii jest wydarzeniem. Niektóre pozycje podobają się bardziej, inne mniej. Niemniej zawsze jest to wielopoziomowa rozrywka: intelektualna, językowa, fabularna. Właśnie tego oczekuję od literatury.

Tymoteusz "Shadowmage" Wronka