Fantastyka – bardziej, niż inny gatunek literatury, jest dla mnie lustrem. Nie służy mi ona jednak do przeglądania się, ale do ucieczki – na drugą stronę...

Ucztę Wyobraźni od początku odbierałem właśnie jako ucieczkę, ale spośród mnogości tytułów literatury fantastycznej, te wyselekcjonowane pod logo Uczty Wyobraźni były meta – ucieczką. Po lekturze trzech pierwszych pozycji wydanych w Uczcie Wyobraźni nie tyle uzmysłowiłem sobie, co poczułem, iż fantastyka bywa także czymś w rodzaju poetyckiego brzmienia, kiedy nie jest oparta o schematy, naukowe założenia, toposy. Jak brzmienie muzyki, zagadka. Nabrała przez to w moich oczach szlachetności, bogatego smaku. Potem było „Ślepowidzenie” Petera Wattsa stymulujące, tym razem, umysł – i bez przesady: najwybitniejsza powieść w swoim gatunku, jaka ukazała się w Polsce, na pewno w ostatnim roku. Tym samym, poprzez wydanie tej powieści, Uczta Wyobraźni nie dała się zamknąć w pudełko „dziwnego niewiadomo – czego” (wiadomo: New Weird), uciekając „do przodu” poprzez odbicie się od – właśnie – naukowych założeń, po niepokojącą odpowiedź na temat ludzkiej świadomości.

Z każdej tych ucieczek powrót do rzeczywistości bywa rozczarowaniem, bo czytelnik wraca do świata, który nawet nie „drgnął” i w dalszym ciągu stanowi stałą niezmienną w tych ucieczkach, czego, w pierwszym wrażeniu, można nie docenić. Za to cenię Ucztę Wyobraźni bardzo wysoko. Otwiera umysł na „free falling” i budzi strach przez konsekwencjami Możliwego jutra.

Literaturę, podobnie jak muzykę odbieram przede wszystkim poprzez wrażenia. Dlatego też Uczta Wyobraźni bardziej niż inne powieści jest dla mnie – trawestując T.S. Eliota – drogą, którą jeszcze nie poszliśmy, ku drzwiom, których nigdy nie otworzyliśmy.

Romulus